Aktualności
Plan lekcji
Wykaz podr.

Już wróciliśmy z dziewięciodniowej wycieczki do Hiszpanii. Zintegrowana pięćdziesiątka gimnazjalistów i kilkoro uczniów z klas siódmych pod opieką organizatorki p. Katarzyny Bartłomiejczuk, p. Joanny Ścisłowicz, p. Moniki Dołęgowskiej i p. Luizy Borawskiej - szczęśliwa i cała, trochę sponiewierana podróżą melduje się Wam i składa relację. Katalonia z przepiękną Barceloną, Tossa del Mare, Calella, Monserrat - to hiszpańskie punkty programu, Lazurowe Wybrzeże z Cannes i Niceą - francuskie i Monako - księstwo wywołujące dreszczyk emocji z różnych powodów...

 

O podróży nie będziemy się rozwodzić. Ale warto sobie uświadomić, że doskonale klimatyzowany wygodny autokar, ciekawe filmy, karaoke, wyborne jedzonko przygotowane przez troskliwe mamy, ulubione kocyki i podusie, miłe towarzystwo, karty zminimalizowały niedogodność odległości. Mieliśmy ponad 2000 km do celu, więc podróż musiała być długa. W sumie o nasze bezpieczeństwo zadbało aż pięciu kierowców, w tym dwóch - p. Janusz i p. Sławomir towarzyszyło nam przez zagraniczną część wojaży. Kierowcy sympatyczni, życzliwi, z poczuciem humoru pewną ręka dowieźli nas we wszystkie planowane miejsca. Pilot p. Tomek towarzyszył nam zawsze. To doskonały organizator, który dopilnował, byśmy zapamiętali większość programu wycieczki. Żadnych niespodzianek nie było. Droga stawała przed nami otworem, zachęcając do zwiedzania. „To mówiłem ja - Sławomir”- tak zapowiadał muzykę związaną z mijanym regionem jeden z naszych wspaniałych kierowców. Wszystko w punkt: odpowiedzialność, sprawność, dyscyplina, czystość. Ale i my staraliśmy się dbać o nasz „dom” na kołach. Wyrzucaliśmy śmieci i szanowaliśmy prawo innych do odpoczynku i spokoju. Kiedy zabawa, to zabawa, a kiedy spanie, tak...spanie!

Spaliśmy tuż przy Costa Brawa w Calellii nad Morzem Śródziemnym. Hotel wygodny, z basenem do naszej dyspozycji, jedzenie dobre. Każdy mógł sobie zamówić proponowane do wyboru przystawki , danie główne i deser. Kto lubił stek, zamawiał, kto przepadał za pizzą i spaghetti, też był zadowolony. Lody lub sałatki owocowe czy świeże owoce też były do wyboru. Smacznie zdrowo i obficie. Jedynie omlet ziemniaczany po katalońsku nie zdobył uznania większości. Ale ravioli szpinakowe z sosem serowym... lazagnie warzywne... zupy kremy... wreszcie burgery w zestawie z różnym mięsem... Ślinka cieknie na samo wspomnienie!

Prawie dwa dni spędziliśmy w Barcelonie. Oczekiwane upały hiszpańskie nas ominęły. Podczas zwiedzania padało i to było jedynym minusem wycieczki. Deszcz był ciepły, ale był. Nie lało cały czas, więc spacerowaliśmy po gotyckiej części miasta, chłonąc jego klimat. Podziwialiśmy projekty domów Gaudiego, ciekawostki w Parku Guel i Sagrada Familia. Domy i świątynia Gaudiego – wielkiego geniusza i wizjonera miały trafić do przeciętnego mieszkańca Barcelony. Przemówić do prostego robotnika i zaprezentować potęgę bogatych przemysłowców i handlarzy. Sagrada budowana jest blisko sto lat i dalej wokół niej stoją dźwigi, nadając miejscu oryginalny kształt. Postaci biblijne na fasadzie Narodzenia Pańskiego są przedstawione jako prości ludzie, zwyczajni, jeszcze nie boscy. Fasada Męki Pańskiej urzeka prawdziwością oddanych na twarzach uczuć i jednocześnie prostotą. Krzyż Chrystusa zgodnie z wizją artysty przytłacza ukrzyżowanego, a obecni wokoło niego ludzie są obcy. Tylko pozbawiona twarzy Weronika zrobiła dla Chrystusa najwięcej. Dlaczego nie ma twarzy? Artysta daje wybór każdemu z ludzi, czy stanie na miejscu nigdzie w Biblii niewspomnianej Weroniki... czy będzie głosić tylko słowem głębokość swojej wiary. Rzeczywiście świątynia mówi już samą fasadą. A wnętrze?

Gaudi zaprojektował drzwi, które zawierają modlitwę ”Ojcze nasz”. Wnętrze to nagromadzenie krzywych kolumn imitujących drzewa, przez które wpada światło i rozprasza się różnokolorowo. Na suficie liczne symbole np. spirala nieskończoności... Ołtarz jest skromny, niewyeksponowany jak w tradycyjnych kościołach. Pomyśleć, że architekt stworzył makietę swego najsłynniejszego dzieła, ważąc woreczki piasku i umiejętnie je rozmieszczając, by w lustrze była widoczna przestrzenna budowla! Miał wówczas zaledwie 31 lat! Przewodniczka po Barcelonie p. Asia powiedziała, że mieliśmy szczęście i zdobyliśmy bilety do świątyni. Bardzo licznym grupom to się zwykle nie udaje.

W parku Guell oglądaliśmy dziwaczne projekty architektoniczne Gaudiego. Oryginalna ławeczka zrobiona z mozaiki i zakręcona miała dawać poczucie intymności dla każdego odpoczywającego. Pawilony - w tym dom architekta -, schody ze słynną jaszczurką, głową węża i pieczarą, kolumnada- tworzą w parku pewien chaos i , według nas, nie podlegają ocenie estetycznej - ta jest zawsze indywidualna. Robią wrażenie i dowodzą genialności sławnego twórcy.

W Barcelonie odwiedziliśmy aż dwa stadiony- olimpijski na wzgórzu Montjulc i Camp Nou słynnego klubu piłkarskiego Barca. Klub piłkarski to nie tylko sportowcy. Dla Katalończyków to wyraz ich odrębności i dumy narodowej. Wiecie, że już noworodki zapisywane są na mecze, a kibice chwalą się numerem karnetu i przekazują go na drodze dziedziczenia? Słowo „d...ek”(sok cules) dla katalońskiego kibica wcale nie jest obrazą, a świadczy o długiej rodzinnej tradycji kibicowania Barcy. Pierwszy mecz na tym stadionie w 1957 roku był rozegrany z Polską.

Byliśmy na trybunach, płycie boiska, widzieliśmy szatnię z jacuzzi i stołami do masażu, patrzyliśmy na stadion z perspektywy dziennikarzy. Wewnątrz zgromadzone są liczne trofea: złote piłki, puchary rozgrywek ligowych i międzynarodowych. Są koszulki sportowców, ich buty, dokumenty, wycinki prasowe... Można sobie zrobić zdjęcie z wirtualnym Messim. Nawet osoby średnio zainteresowane piłką nożną musiały poczuć dreszczyk, przechodząc pomarańczowym korytarzem z szatni na boisko i zasiadając na ławce, gdzie potencjalnie odpoczywał Messi.

Uff! Samo pisanie męczy, bo każe dokonać wyboru w opisywaniu tak niedawno odwiedzanych miejsca. Czas na plażing... I tu niespodzianka! Ilekroć szykowaliśmy się nad morze, była piękna pogoda. Lekka bryza łagodziła upał, słońce operowało przyjemnie, fala unosiła bezpiecznie, zwłaszcza że kąpaliśmy się pod stałą opieką dorosłych i nie wszyscy na raz. Niektórzy przyróżowili się nieco boleśnie; teraz już wiedzą, że kremy z filtrem są przydatne. Na szczęście antidotum w postaci maści było wystarczające na dotkniętą słońcem skórę. Na plaży sporo osób zrobiło sobie tatuaże. Ciekawe, czy przetrwają do zakończenia roku szkolnego?

„Nasze” miasteczko było typowo turystyczne. W centrum kościół, wszędzie mnóstwo hoteli, sklepików z pamiątkami. Wzdłuż morza deptak obsadzony palmami i różnokolorowymi kwiatami. Jako że byliśmy tam w oktawie Bożego Ciała, zobaczyliśmy tradycyjne kwiatowe dywany ułożone w głównej nawie i kruchcie kościoła. Jeszcze nie powiędły. Robią wrażenie!

Ciekawym miejscem był klasztor benedyktyński Monserrat. Słynie z kultu figury Matki Boskiej, tzw. Czarnulki. To postać matki z Jezusem na ręku. La Moreneta ma czarną twarz okopconą przez miliony świec zapalanych z czcią przez wiernych. Widać ją z bazyliki i można podejść i dotknąć górującej w ołtarzu postaci. Monserrat to także miejsce ważne dla Katalończyków jako centrum opozycji politycznej, schronienie artystów, uczonych, studentów prześladowanych przez generała Franko. La Moreneta to patronka Katalończyków. Do klasztoru wjechaliśmy kolejką linową. Cudny widok, przepaść pod nogami, przestrzeń. Wiele osób już kiedyś przeżyło podobną przeprawę. Naszej jednak pikanterii dodawała burza z piorunami, która rozpętała się, kiedy zjeżdżaliśmy ze szczytu. Wierzcie, gromy jednoczesne z błyskiem, spotęgowane przez górskie echo to nie żarty. Nawet najbardziej odważni stracili na parę minut rezon.

Wyprawa do średniowiecznego miasteczka Tossa de Mar to kolejny punkt programu. Nie można się przecież smażyć cały dzień na plaży. Tylko doszliśmy do starówki, rozpadało się. Ukryci w kafejkach, sklepikach z piękną ceramiką wodziliśmy wzrokiem po wyślizganych kamiennych uliczkach świeżo wymytych deszczem. Kiedy zaświeciło słońce, naszym oczom ukazało się piękne piaszczyste wybrzeże z urwiskami skalnymi i położony na wzgórzu zamek otoczony murami. Świadomość, że to niezmienione od XIII wieku miejsce dodawała chęci do spacerów. Spenetrowaliśmy wąziutkie zaułki, mury i bramy obsadzone różnokolorowymi kwiatami.

Hiszpania słynie z dobrze przyrządzonych owoców morza. Niektórzy z nas odważyli się spróbować małż, ośmiornic, kalmarów i krewetek. Nasi opiekunowie nawet zrobili sobie w pokoju ucztę ze świeżych krewetek usmażonych na maśle z czosnkiem i pietruszką. Nam wystarczyły unoszące się zapachy.

Lazurowe Wybrzeże we Francji nazwę swą ma od koloru morza- rzeczywiście lazuru- dzięki temu, że plaża jest kamienista i leżą na niej jaśniutkie średniej wielkości kamienie. Nie wszyscy lubią chodzić po takim podłożu. Byliśmy w Cannes, gdzie co roku odbywa się festiwal filmowy o Złotą Palmę. W tym roku laureatem został Polak. Wokół Pałacu Festiwalowego jest aleja gwiazd z odciskami dłoni największych światowych gwiazd kina. Są ślady Andrzeja Wajdy, Woopi Goldberg, Meg Rayan, Van Damma... Każdy mógł odszukać swego idola i przybić z nim piątkę. Czerwony dywan z telewizji, na którym fotografują się gwiazdy, był... niebieski, bo tego dnia odbywał się festiwal muzyczny. Przed pałacem występowali jacyś muzycy rap. Niestety, nie znaliśmy ich, ale chętnie przyłączyliśmy się do aplauzu.

Nicea to niekwestionowana królowa Lazurowego Wybrzeża. Przeszliśmy Promenadą Anglików, wysłuchaliśmy opowieści o relacjach Francuzów z Anglikami i o stosunku tych pierwszych do swojego ojczystego języka. Francuzi znają angielski, ale uwielbiają francuski i chętniej posługują się tym językiem. Widok z wysokości na zatokę w Nicei zapierał dech w piersiach.

Do Monako pojechaliśmy pociągiem (kierowcy musieli mieć odpoczynek przed podróżą powrotną). Podzieleni na cztery grupki rozsiedliśmy się w wagonach. Niektórzy złapali drzemkę, inni od razu rozpoczęli grę w karty- chyba duch hazardu im się udzielił. Monako kojarzy się z bogactwem, kasynem, Formułą I, a ostatnio z Glikiem, który w tym francuskim księstwie ma mieszkanie. Nie jest prosto zostać Monakijczykiem. Pierwszy warunek, by być zaledwie rezydentem , to konto z co najmniej 2 milionami euro. Na ulicach tego malutkiego księstewka czuło się pieniądze. Wszędzie windy, ruchome chodniki, luksusowe samochody, firmowe eleganckie sklepy, w porcie nowoczesne super wygodne jachty. Byliśmy w holu kasyna, widzieliśmy zmianę warty przed pałacem księcia, przeszliśmy krętymi uliczkami, po których w czasie zawodów Formuły I mkną samochody. Bajeczna pięknie położona kraina dla bajecznie bogatych ludzi. Jeśli ktoś lubi smakować życie przez szybę, niech tam pojedzie.

Do kraju wracaliśmy nie przez Niemcy, jak początkowo, ale włoskim wybrzeżem, na którym ciasno ułożone są miasteczka w stylu Saint Tropez. Szyja bolała od wyglądania. Przez Alpy i Wiedeń przemknęliśmy nocą, Czechy i Polska to już prawie dom. Szybko się wracało, oglądając filmy, zdjęcia, zajadając kupione smakołyki.

Wycieczka udana, z rozmachem, ale i czasem na odpoczynek. Kochamy nasze domy, jednak jeden dzień regeneracji i...można by wracać w śródziemnomorskie klimaty. Czas zbierać pieniądze na wyprawę za rok! (I koniecznie zażyć dicoflor!)

Wycieczkowicze

vulcan

Ogłoszenia

  • Film "Niezwykła wizytacja" +

    Zeszłoroczni  absolwenci byli na wycieczce w Toruniu. Stała się ona doskonałą inspiracją do nakręcenia filmu w konwencji baśniowej z udziałem...samego Czytaj więcej
  • Życzenia dla Polski +

    Drodzy Uczniowie! Miło Wam, gdy otrzymujecie prezenty urodzinowe wraz z życzeniami? Na pewno! Pomyślcie zatem o życzeniach dla Polski w Czytaj więcej
  • Konkurs czytelniczy +

    Czytasz książki? Ten konkurs jest dla Ciebie! Biblioteka szkolna ogłasza konkurs na najlepszego czytelnika roku  i najbardziej zaczytaną klasę. Przychodźcie Czytaj więcej
  • 1

mol

biblioteka

Kalendarz

Pn Wt Śr Cz Pt So N
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31

Obecnie stronę ogląda ...

Odwiedza nas 84 gości oraz 0 użytkowników.

Stop cyberprzemocy

stop

My na mapie

Drukuj